Jacek Komuda "Starościc Jazłowiecki" - nie lubię klimatów polski szlacheckiej, ale Komuda świetnym pisarzem jest! Czyta się świetnie - szybka akcja, dobre dialogi i ciekawie zarysowane postaci. Potomek Samuela Zborowskiego zabija przypadkiem potomka możnowładcy, który o niczym nie wiedząc wynajmuje go, aby odnalazł marnotrawnego syna. Jest tu walka, są tajemnice przeszłości - słowem - czytać!
Maciej Musialik "Szyfrem do mnie mów" - kolejne odwiedziny w Nowej Moskwie - krótkie i zabawne.
Rafał K. Markowski "Supermarket twoich marzeń" - to chyba debiut. Nie przypadło mi do gustu, choć jest tam fajny pomysł ekonomiczny - kończąc 18 lat, każdy obywatel dostaje "Życie" - kredyt do wydania na resztę jego dni obliczony na podstawie statystycznej analizy wydajności pracy danej jednostki. Ludzie wydają ją na programy modyfikujące pamięć i zachowanie - jakby wspomnienia przyszłości, które sprawiają, że mogą je urzeczywistnić. Pomysł niezły, ale fabuła mnie nie poruszyła.
Kolejne dobra opowiadanie Dawida Juraszka - "Mroczna Bezdeń". Powoli wyrasta na mojego ulubionego polskiego autora krótkich form. Barbarzyńca w krainie przypominającej Tajlandię wybiera się z piękną piratką na poszukiwanie skarbów. Są motywy ktultystyczne, ciekawe opisy, wręcz czuję zapach morza. 5!
Ela Graf "Miłość ci wszystko wypaczy" - domyślam się, że to fragment większej całości. Utwór reprezentuje Urban Fantasy z Wampirami, Aniołami i Babilońskimii Bóstwami. Dobrze się czyta, ale nie lubię tego gatunku. Nie znudziło mnie, ale to nie moje klimaty.
23.07.2011
Recenzja Nowej Fantastyki 05/2011
Świetna Wyspa Petera Wattsa - budowniczy wrót podróżują z prędkością podświetlną przez kosmos. Z bram, które budują wychodzą istoty po osobliwości, które ich nie rozumieją. Tymczasem u celu kolejnej podróży żyją inteligentne kosmiczne meduzy - czy okażą się lepsze od ludzi, czy może zasady biologii pozostają niezmienne?
Adam Troy-Castro - "Arwy" - kolejne świetne opowiadanie. W tym świecie akt urodzenia oznacza prawną śmierć, tylko płody są "żywe" - modyfikacje genetyczne czy inne sprawiły, że są prawie nieśmiertelne, o ile mają nosiciela - "Arwę" - osobę której pozwolono się urodzić, a następnie przekształcono w bezwolnego nosiciela o wybranych z góry parametrach. Poruszające. Nie sposób przejść obok tego kawałka obojętnie.
Polska fantastyka to Zbigniew Wojnarowski z 'Bezsennością" - młody student występuje w filmie jako sumienie ludu wobec grzechów partii. Cenzura wycina jego scenę, więc wyrusza na jej poszukiwanie. Okazuje się, że w dziwny sposób trafia, jako duch, do alternatywnego świata w którym nie istnieje. Dobrze napisane, ale trochę zbyt artystyczne.
Adam Troy-Castro - "Arwy" - kolejne świetne opowiadanie. W tym świecie akt urodzenia oznacza prawną śmierć, tylko płody są "żywe" - modyfikacje genetyczne czy inne sprawiły, że są prawie nieśmiertelne, o ile mają nosiciela - "Arwę" - osobę której pozwolono się urodzić, a następnie przekształcono w bezwolnego nosiciela o wybranych z góry parametrach. Poruszające. Nie sposób przejść obok tego kawałka obojętnie.
Polska fantastyka to Zbigniew Wojnarowski z 'Bezsennością" - młody student występuje w filmie jako sumienie ludu wobec grzechów partii. Cenzura wycina jego scenę, więc wyrusza na jej poszukiwanie. Okazuje się, że w dziwny sposób trafia, jako duch, do alternatywnego świata w którym nie istnieje. Dobrze napisane, ale trochę zbyt artystyczne.
24.01.2011
A little hidden gems
This weekend I had a pleasure of watching two surprisingly entertaining movies that seem to have fallen below the radar. I wanted some silly, brainless entertainment, after a previous weeks when I have seen “The wrestler” and “The reader”. These two were excellent, thought provoking dramas that moved me and made me shed a tear or two. Now I was hoping to see something so awful as to be entertaining to recuperate after seeing all this ambitious cinema. My wife picked two promising titles - “Black death” and “Pandorum”. The first deals with a group of warriors send by a bishop to a remote village somewhere in swamps of England that is said to be spared of ravages of bubonic plague. From a trailer I expected a gory, action packed movie with monsters, zombies and such. Instead, I was watching a fairly plausible story of men trying to make sense of the plague in the only terms that possibly could – the religion. “Black death” is a well made low budget movie. The actors are not major stars, with exception of Sean Bean, who is anyway playing a side character. Still, it was thought provoking story, with great combat scenes, costumes and a plausible “medieval” feel to it. It reminded me of “13th warrior” crossed with “Wicker Man” with a dash of “Pillars of Earth”. Big thumbs up!
Second movie I have watched this weekend was “Pandorum”. I liked it because it delivered precisely what it promised – a horror and science fiction story with interesting characters, entertaining plot and astounding visuals. While there was no sense of a particular depth or moral ambiguity that was to be found in “Black death”, “Pandorum” was pure fun. The best part was the starship - “Elysium”. It was both majestic a dreadful at the same time. As it turns out, the visuals were created the old school way – by building a set, and monsters were guys wearing elaborate rubber suits. Not so much CGI as you see in most of the movies this days. It made for quite “realistic” feel. I think that this movie is a mixture of Alien, Pitch Black and to some extent reminiscent of Alastair Reynolds' Chasm City – with similar motif of colony ship lost in deepness of space.
I really have hard time finding any complaints about this one. Sure it is no “District 9” but it was a great science fiction show nevertheless. And the ending – call me a sucker but I loved it. I would say that only fault is that it is not very original. Well, if I can enjoy playing nth reiteration of Quake or Call of Duty I cannot see why I should complain about a robust movie. So if you like science fiction you should have fun with this one.
Second movie I have watched this weekend was “Pandorum”. I liked it because it delivered precisely what it promised – a horror and science fiction story with interesting characters, entertaining plot and astounding visuals. While there was no sense of a particular depth or moral ambiguity that was to be found in “Black death”, “Pandorum” was pure fun. The best part was the starship - “Elysium”. It was both majestic a dreadful at the same time. As it turns out, the visuals were created the old school way – by building a set, and monsters were guys wearing elaborate rubber suits. Not so much CGI as you see in most of the movies this days. It made for quite “realistic” feel. I think that this movie is a mixture of Alien, Pitch Black and to some extent reminiscent of Alastair Reynolds' Chasm City – with similar motif of colony ship lost in deepness of space.
I really have hard time finding any complaints about this one. Sure it is no “District 9” but it was a great science fiction show nevertheless. And the ending – call me a sucker but I loved it. I would say that only fault is that it is not very original. Well, if I can enjoy playing nth reiteration of Quake or Call of Duty I cannot see why I should complain about a robust movie. So if you like science fiction you should have fun with this one.
21.01.2011
Deep fried potato sticks
Let's say, you have some mashed potatoes from a day before. You have to admit, they are not so tasty after reheating. There is a way to improve their taste considerably with a little bit of work. As it is often the case, deep frying is a way to go. The recipe below is one my mom uses and I have a fond memories of eating potato sticks, when I was a kid.
1 cup of grated cheese
2 tbsp of flour
1 egg
salt, chilli or cayene pepper
An example of a serving – a salmon, corn on a cob and potato sticks. With ketchup or bearnaise sauce this dish is simply irresistible.
Ingredients
2 cups (~500 g) of mashed potatoes1 cup of grated cheese
2 tbsp of flour
1 egg
salt, chilli or cayene pepper
Preparation
Put all the ingredients into a large bowl and mix them throughly. Do not mix them too long as mashed potatoes tend to become more sticky the longer you work them. Take a small portion of resulting mass and roll it on a cutting board to form a long “snake”. Cut it into 5-7 cm chunks and deep fry for 2-3 min. Flip sticks on the other side and continue frying until they are deep brown.An example of a serving – a salmon, corn on a cob and potato sticks. With ketchup or bearnaise sauce this dish is simply irresistible.
2.07.2010
W oczekiwaniu na 4 lipca - wybory prezydenckie 2010
Polskie wybory prezydenckie 2010 roku, to jeden z najbardziej pasjonujących spektakli politycznych, jakie mogliśmy obserwować przez ponad 20 lat. I to pomimo tego, że w porównaniu z innymi kampaniami wyborczymi tego dwudziestolecia w zasadzie nic ciekawego się nie dzieje. Po bliższym przyjrzeniu się zaistniałej sytuacji okazuje się jednak, że mamy do czynienia z nową jakością. W ustach zwolenników PiS i PO pojawiają się określenia takie jak: „sieroty po PO-PiS-ie”, czy „IV RP”, a politycy i środowiska sprzyjające obu tym partiom wymieniają się „uprzejmościami”. Nie należy się natomiast spodziewać jakiejś brutalności w stylu dziadka z Wehrmachtu, czy sfałszowanego oświadczenia majątkowego. Z uwagi na katastrofę smoleńską kampania została wyciszona. Posiłkując się metaforą: walki toczą się na przedpolach. Nastąpiło rozwarstwienie obrazu. Tym razem nie chodzi o to, kto jak wypadnie w debacie, czy co na jego temat wypłynie z archiwum IPN. Większą rolę odgrywa zaplecze kandydatów – cała galeria polityków, działaczy, dziennikarzy, przedstawicieli show-biznesu. Kampania „zamerykanizowała się” pod tym względem. Niedługo doczekamy się całych hord wolontariuszy, którzy zapukają do setek tysięcy drzwi, by osobiście namawiać do głosowania na przedstawicieli określonej partii. W istocie – nasza demokracja nie jest systemem idealnym, ale z pewnością jest najlepszym, na jaki nas w tej chwili stać. Ta kampania pomaga się temu systemowi rozwinąć.
Główni rywale wyborów 2010 pozostają „czyści”. Wykorzystał to Jarosław Kaczyński, który pokonując zmęczenie i smutek po tragedii, mógł pokazać swoje cieplejsze oblicze, a nawet próbować oczarować elektorat lewicy. Ubieganie się o wyborców kandydatów pokonanych w I turze, to zresztą najprostsze rozwiązanie. Sięgnięcie po głosy ponad 40% uprawnionych, którzy nie poszli do urn, kosztowałoby o wiele więcej wysiłku. Przy okazji po raz kolejny okazuje się, jak ważną rolę odgrywa pamięć. Przecież PiS, jeszcze nie tak dawno temu (w czasie ostatnich wyborów do PE) zachęcało ludzi do pozostania w domach. Taki nieładny manewr. Tak samo jak ten z postulowaniem wymazania SLD z partyjnej mapy Polski. Miejmy jednak na uwadze, że zamiast Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego walczą ich zwolennicy. W przypadku prezesa PiS jedną z jednostek bojowych jest Nasz Dziennik. I tak, lektura jednego z artykułów tej gazety (Małgorzata Rutkowska „Hiszpański scenariusz”, Nasz Dziennik, 22 czerwca 2010, Nr 143) przynosi bardzo zabawny fragment o „broni światopoglądowej” po jaką sięgnął niedawno przewodniczący SLD. Tą bronią ma być nauka u socjalistycznego premiera Hiszpanii José Luisa Rodrigueza Zapatero, którego rząd: przeforsował wyrugowanie nauki religii ze szkół publicznych, ułatwił procedurę rozwodów, zalegalizował związki homoseksualne wraz z prawem adopcji dzieci, a nawet dopuścił aborcję na życzenie. Teraz to z powodu chęci wprowadzenia takich zmian w Polsce będzie atakowana „lewica”. Chociaż myślę, że czasem wypomni się jej jeszcze „postkomunizm”.
Warto zwrócić uwagę na to, że Jarosław Kaczyński zdecydowanie wygrał I turę wśród polonii amerykańskiej (nie ma przy tym znaczenia to, że oddano tam tylko kilkadziesiąt tysięcy głosów). Niedawno w Stanach Zjednoczonych gościł Tadeusz Rydzyk i z artykułów komentujących tę wizytę można było dowiedzieć się, że opowiadał tam o Polsce biednej, wyprzedanej, bez nadziei. To są zupełnie nieprzystające do siebie rzeczywistości: ta, w której żyjemy i ta, prezentowana przez środowiska, które dla uproszczenia nazwijmy tu „prawicowymi”. Jeśli poświęci się dostatecznie dużo uwagi przeanalizowaniu legendarnej już zmiany Jarosława Kaczyńskiego, to wychwyci się właśnie ten nieprzystający do tego co obserwujemy na co dzień obraz rzeczywistości.
Jakiś czas trwała niepewność związana z rozbłysłą nagle gwiazdą Grzegorza Napieralskiego, uważanego za właściciela ważnej części wyborczych głosów. Komentatorzy polskiej sceny politycznej i dziennikarze spekulowali na temat targowania się komitetów wyborczych Komorowskiego i Kaczyńskiego o poparcie szefa SLD. Na szczęście sprawa ucichła, ale i tak podkreślę tutaj, że nie należy na takie manewry zwracać uwagi. To nie amerykański bestseller, w którym wszystko rozstrzyga się w gabinetach prezydenta, lobbystów i kongresmenów kilka miesięcy, czy nawet kilka lat przed głosowaniem. W polskiej polityce oficjalne obietnice składane przed kamerami nigdy nic nie znaczą. Nieoficjalnych raczej się nie zapisuje, więc łatwo o nich zapomnieć. Dlatego najbezpieczniej dla umawiających się jest po prostu „sprzedać stołek”. Ważniejsze dla części wyborców powinno być to, czy gracz Napieralski dorósł już do swej roli reorganizatora partii, przygotowującego ją do przełomowych wyborów parlamentarnych, w wyniku których mogłaby się ona stać „języczkiem u wagi”. Dopiero wtedy szef Sojuszu będzie mógł wytargować poparcie przez jedną z dużych partii kolejnych „lewicowych” ustaw.
Główni rywale wyborów 2010 pozostają „czyści”. Wykorzystał to Jarosław Kaczyński, który pokonując zmęczenie i smutek po tragedii, mógł pokazać swoje cieplejsze oblicze, a nawet próbować oczarować elektorat lewicy. Ubieganie się o wyborców kandydatów pokonanych w I turze, to zresztą najprostsze rozwiązanie. Sięgnięcie po głosy ponad 40% uprawnionych, którzy nie poszli do urn, kosztowałoby o wiele więcej wysiłku. Przy okazji po raz kolejny okazuje się, jak ważną rolę odgrywa pamięć. Przecież PiS, jeszcze nie tak dawno temu (w czasie ostatnich wyborów do PE) zachęcało ludzi do pozostania w domach. Taki nieładny manewr. Tak samo jak ten z postulowaniem wymazania SLD z partyjnej mapy Polski. Miejmy jednak na uwadze, że zamiast Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego walczą ich zwolennicy. W przypadku prezesa PiS jedną z jednostek bojowych jest Nasz Dziennik. I tak, lektura jednego z artykułów tej gazety (Małgorzata Rutkowska „Hiszpański scenariusz”, Nasz Dziennik, 22 czerwca 2010, Nr 143) przynosi bardzo zabawny fragment o „broni światopoglądowej” po jaką sięgnął niedawno przewodniczący SLD. Tą bronią ma być nauka u socjalistycznego premiera Hiszpanii José Luisa Rodrigueza Zapatero, którego rząd: przeforsował wyrugowanie nauki religii ze szkół publicznych, ułatwił procedurę rozwodów, zalegalizował związki homoseksualne wraz z prawem adopcji dzieci, a nawet dopuścił aborcję na życzenie. Teraz to z powodu chęci wprowadzenia takich zmian w Polsce będzie atakowana „lewica”. Chociaż myślę, że czasem wypomni się jej jeszcze „postkomunizm”.
Warto zwrócić uwagę na to, że Jarosław Kaczyński zdecydowanie wygrał I turę wśród polonii amerykańskiej (nie ma przy tym znaczenia to, że oddano tam tylko kilkadziesiąt tysięcy głosów). Niedawno w Stanach Zjednoczonych gościł Tadeusz Rydzyk i z artykułów komentujących tę wizytę można było dowiedzieć się, że opowiadał tam o Polsce biednej, wyprzedanej, bez nadziei. To są zupełnie nieprzystające do siebie rzeczywistości: ta, w której żyjemy i ta, prezentowana przez środowiska, które dla uproszczenia nazwijmy tu „prawicowymi”. Jeśli poświęci się dostatecznie dużo uwagi przeanalizowaniu legendarnej już zmiany Jarosława Kaczyńskiego, to wychwyci się właśnie ten nieprzystający do tego co obserwujemy na co dzień obraz rzeczywistości.
Jakiś czas trwała niepewność związana z rozbłysłą nagle gwiazdą Grzegorza Napieralskiego, uważanego za właściciela ważnej części wyborczych głosów. Komentatorzy polskiej sceny politycznej i dziennikarze spekulowali na temat targowania się komitetów wyborczych Komorowskiego i Kaczyńskiego o poparcie szefa SLD. Na szczęście sprawa ucichła, ale i tak podkreślę tutaj, że nie należy na takie manewry zwracać uwagi. To nie amerykański bestseller, w którym wszystko rozstrzyga się w gabinetach prezydenta, lobbystów i kongresmenów kilka miesięcy, czy nawet kilka lat przed głosowaniem. W polskiej polityce oficjalne obietnice składane przed kamerami nigdy nic nie znaczą. Nieoficjalnych raczej się nie zapisuje, więc łatwo o nich zapomnieć. Dlatego najbezpieczniej dla umawiających się jest po prostu „sprzedać stołek”. Ważniejsze dla części wyborców powinno być to, czy gracz Napieralski dorósł już do swej roli reorganizatora partii, przygotowującego ją do przełomowych wyborów parlamentarnych, w wyniku których mogłaby się ona stać „języczkiem u wagi”. Dopiero wtedy szef Sojuszu będzie mógł wytargować poparcie przez jedną z dużych partii kolejnych „lewicowych” ustaw.
30.06.2010
Gaz łupkowy – przemilczany problem
Jakiś czas temu w mediach pojawiły się informacje, że Polska posiada ogromne złoża gazu ziemnego w postaci tzw. gazu łupkowego. Jest to krzepiąca wiadomość w świetle ciągłych problemów z rosyjskim kurkiem gazowym. W życiu istnieje jednak zasada, że nie ma nic za darmo i jak coś wygląda zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, to takie właśnie jest.
Istnieje pewna kwestia, która wydaje się być pomijana zarówno przez dziennikarzy, jak i polityków, którzy już liczą dochody i dzielą nieistniejące zyski. Chodzi o metodę wydobywania gazu łupkowego. W artykule zamieszczonym w Polityce z 24 Maja 2010 r. znajduje się dość przejrzysty opis technologii wydobycia gazu łupkowego, jak również problemów z nią związanych.
Aby gaz mógł wydostać się ze złoża, należy wytworzyć sieć szczelin wokół odwiertu, które umożliwiają swobodny przepływ gazu uwięzionego w skale. Szczeliny powstają na skutek pompowania pod ciśnieniem płynu ułatwiającego kruszenie skały. Proces ten nazywa się hydraulicznym kruszeniem (ang. hydraulic fracturing lub hydraulic fracking). Płyn wpompowywany do złoża, to głównie woda i piasek, który ma zapobiegać zamykaniu się szczelin. Dodatkowo może on zawierać benzynę, naftę oraz inne rozpuszczalniki i związki organiczne – benzen, toluen, formaldehyd (podaję za Wikipedią).
Niestety proces kruszenia nie jest pozbawiony negatywnych konsekwencji – i właśnie one stanowią poważny argument za trzeźwym i spokojnym przyjrzeniem się bilansowi zysków i strat związanych z wydobywaniem gazu łupkowego. W USA doszło do kilku wypadków, kiedy płyn kruszący wydostał się na powierzchnię i został rozpylony w okolicy odwiertu. W dodatku zdarzały się przypadki, że płyn kruszący, jak również gaz i związki organiczne uwolnione ze złoża, przedostawały się do wody pitnej. Opisywane są przypadki wody z kranu płonącej pod wpływem zawartego w nim gazu ziemnego – polecam fragment wywiadu z reżyserem filmu „Gasland” (6 minuta, 45 sekunda).
Oczywiście należy podejść do tych opowieści ze zdrową dozą sceptycyzmu. Mieszkańcy obszarów, na których wprowadzane są nowe techniczne rozwiązania często wyolbrzymiają problemy zdrowotne lub szukają nieistniejących korelacji. Przypadki takie towarzyszyły budowie kolei („Krowy nie dają mleka.”) i linii wysokiego napięcia („Dzieci chorują na białaczkę.”), wprowadzaniu telefonów komórkowych („Nowotwory mózgu.”). Często wnikliwe badania naukowe dowodzą, że strach bywa nieuzasadniony lub że obserwowane efekty bliskie są błędowi pomiaru.
Niestety, w kwestii wydobycia gazu łupkowego sytuację komplikuje kwestia „bezpieczeństwa energetycznego”. Dotyczy to zarówno Polski, USA i – jak sądzę – wielu innych krajów. W Stanach Zjednocznych w trosce o alternatywne źródła paliw kopalnych wprowadzono program, który firmy wydobywcze stosujące kruszenie hydrauliczne zwalnia z obowiązku przestrzegania przepisów o ochronie wody pitnej. Obawiam się, że podobna sytuacja może mieć miejsce w Polsce. Nie chcę wywoływać paniki, ani nieufności wobec motywów koncernów gazowych czy rządów, ale uważam, że ewentualne odwierty powinny być ściśle monitorowane pod względem możliwego skażenia wody pitnej.
Na szczęście są powody do optymizmu – w kongresie amerykańskim powstaje nowa ustawa mająca regulować kruszenie hydrauliczne, a szum medialny w mediach amerykańskich powinien skierować uwagę naukowców na problemy zdrowotne opisywane przez mieszkańców terenów, gdzie wydobywa się gaz tą metodą.
Na zakończenie chciałbym polecić źródła, które posłużyły mi do napisania tego artykułu:
* Fracking na Wikipedii.
* Wywiad z Joshem Foxem, autorem filmu dokumentalnego „Gasland” z telewizji HBO w audycji „Science Friday” radia NPR. Samego filmu niestety nie widziałem.
* Wywiad ze zwolennikami i oponentami wydobywania gazu łupkowego w audycji „Science Friday” radia NPR.
* Kolejny wywiad z twórcą „Gasland” - tym razem ze scenami z filmu.
Istnieje pewna kwestia, która wydaje się być pomijana zarówno przez dziennikarzy, jak i polityków, którzy już liczą dochody i dzielą nieistniejące zyski. Chodzi o metodę wydobywania gazu łupkowego. W artykule zamieszczonym w Polityce z 24 Maja 2010 r. znajduje się dość przejrzysty opis technologii wydobycia gazu łupkowego, jak również problemów z nią związanych.
Aby gaz mógł wydostać się ze złoża, należy wytworzyć sieć szczelin wokół odwiertu, które umożliwiają swobodny przepływ gazu uwięzionego w skale. Szczeliny powstają na skutek pompowania pod ciśnieniem płynu ułatwiającego kruszenie skały. Proces ten nazywa się hydraulicznym kruszeniem (ang. hydraulic fracturing lub hydraulic fracking). Płyn wpompowywany do złoża, to głównie woda i piasek, który ma zapobiegać zamykaniu się szczelin. Dodatkowo może on zawierać benzynę, naftę oraz inne rozpuszczalniki i związki organiczne – benzen, toluen, formaldehyd (podaję za Wikipedią).
Niestety proces kruszenia nie jest pozbawiony negatywnych konsekwencji – i właśnie one stanowią poważny argument za trzeźwym i spokojnym przyjrzeniem się bilansowi zysków i strat związanych z wydobywaniem gazu łupkowego. W USA doszło do kilku wypadków, kiedy płyn kruszący wydostał się na powierzchnię i został rozpylony w okolicy odwiertu. W dodatku zdarzały się przypadki, że płyn kruszący, jak również gaz i związki organiczne uwolnione ze złoża, przedostawały się do wody pitnej. Opisywane są przypadki wody z kranu płonącej pod wpływem zawartego w nim gazu ziemnego – polecam fragment wywiadu z reżyserem filmu „Gasland” (6 minuta, 45 sekunda).
Oczywiście należy podejść do tych opowieści ze zdrową dozą sceptycyzmu. Mieszkańcy obszarów, na których wprowadzane są nowe techniczne rozwiązania często wyolbrzymiają problemy zdrowotne lub szukają nieistniejących korelacji. Przypadki takie towarzyszyły budowie kolei („Krowy nie dają mleka.”) i linii wysokiego napięcia („Dzieci chorują na białaczkę.”), wprowadzaniu telefonów komórkowych („Nowotwory mózgu.”). Często wnikliwe badania naukowe dowodzą, że strach bywa nieuzasadniony lub że obserwowane efekty bliskie są błędowi pomiaru.
Niestety, w kwestii wydobycia gazu łupkowego sytuację komplikuje kwestia „bezpieczeństwa energetycznego”. Dotyczy to zarówno Polski, USA i – jak sądzę – wielu innych krajów. W Stanach Zjednocznych w trosce o alternatywne źródła paliw kopalnych wprowadzono program, który firmy wydobywcze stosujące kruszenie hydrauliczne zwalnia z obowiązku przestrzegania przepisów o ochronie wody pitnej. Obawiam się, że podobna sytuacja może mieć miejsce w Polsce. Nie chcę wywoływać paniki, ani nieufności wobec motywów koncernów gazowych czy rządów, ale uważam, że ewentualne odwierty powinny być ściśle monitorowane pod względem możliwego skażenia wody pitnej.
Na szczęście są powody do optymizmu – w kongresie amerykańskim powstaje nowa ustawa mająca regulować kruszenie hydrauliczne, a szum medialny w mediach amerykańskich powinien skierować uwagę naukowców na problemy zdrowotne opisywane przez mieszkańców terenów, gdzie wydobywa się gaz tą metodą.
Na zakończenie chciałbym polecić źródła, które posłużyły mi do napisania tego artykułu:
* Fracking na Wikipedii.
* Wywiad z Joshem Foxem, autorem filmu dokumentalnego „Gasland” z telewizji HBO w audycji „Science Friday” radia NPR. Samego filmu niestety nie widziałem.
* Wywiad ze zwolennikami i oponentami wydobywania gazu łupkowego w audycji „Science Friday” radia NPR.
* Kolejny wywiad z twórcą „Gasland” - tym razem ze scenami z filmu.
9.05.2010
Treason as a plot device
I have yesterday watched Battlestar Galactica episodes “The Oath” and “The Blood on the Scales”. They were two best episodes since the very first “Miniseries” - the story of original Cylon attack on the Colonies. I realized that to a large extent this was due to the fact that it deals with insubordination and treason. But to make it even more moving you cannot help but feel sympathy or at least understanding to the traitors.
The Battlestar Galactica is a show with powerful, memorable characters. Each has an agenda, personal beliefs and some dirty secret. There is a lot of filler episodes that are not so interesting but help build the story arc and highlight some issues that will spring characters to action no matter the consequences. I think that there is something incredibly wicked in creating a plot where we see characters that we care about do something abominable because they firmly believe that this is the only way to save the day. And then watch as their hopes are crushed and they see how they were fooled by unscrupulous villains.
The treason or betrayal was always something the kept me turning the pages of the book or stare at the screen with an unmatched consequence. Especially, when traitor's think they do a good thing. I was so emotionally invested in the story of BSG as I was in Vernor Vinge's “A deepness in the sky” for the similar reasons. I couldn't stop myself waiting for a resolution of story – the day of reckoning. To watch the bravery and sacrifices of people that lost everything, but had a will to carry on and ensure that the justice will prevail.
I am now preparing to run “Burning Empires” RPG again and the nature of this game makes it so easy and so tempting to use similar themes. Who nows, perhaps even create such an incredible emotional tension.
If you have not seen “BSG” - these two episodes alone are worth to watch the whole thing. As great as the series is - I think these are unmatched. If you are for some more intellectual and even more gripping story – do yourself a service and read “A deepness in the sky”
The Battlestar Galactica is a show with powerful, memorable characters. Each has an agenda, personal beliefs and some dirty secret. There is a lot of filler episodes that are not so interesting but help build the story arc and highlight some issues that will spring characters to action no matter the consequences. I think that there is something incredibly wicked in creating a plot where we see characters that we care about do something abominable because they firmly believe that this is the only way to save the day. And then watch as their hopes are crushed and they see how they were fooled by unscrupulous villains.
The treason or betrayal was always something the kept me turning the pages of the book or stare at the screen with an unmatched consequence. Especially, when traitor's think they do a good thing. I was so emotionally invested in the story of BSG as I was in Vernor Vinge's “A deepness in the sky” for the similar reasons. I couldn't stop myself waiting for a resolution of story – the day of reckoning. To watch the bravery and sacrifices of people that lost everything, but had a will to carry on and ensure that the justice will prevail.
I am now preparing to run “Burning Empires” RPG again and the nature of this game makes it so easy and so tempting to use similar themes. Who nows, perhaps even create such an incredible emotional tension.
If you have not seen “BSG” - these two episodes alone are worth to watch the whole thing. As great as the series is - I think these are unmatched. If you are for some more intellectual and even more gripping story – do yourself a service and read “A deepness in the sky”
Subskrybuj:
Posty (Atom)